|
Archiwum
Zakładki:
.
|
niedziela, 22 stycznia 2012
sobota, 17 grudnia 2011
m i m i jeszcze m
Od jakiegoś czasu chciałem sobie poczytać Murakamiego przy Mehldau. U Murakamiego jest dużo muzyki, w szczególności jazzu. W grze Mehldaua jest precyzja i wspaniała wyobraźnia. Więc muszą pasować. I rzeczywiście. Nie słuchałbym Mehldaua, gdyby nie Lidka. Podobnie jak nie czytałbym Murakamiego. Po co miałbym słuchać kolejnego pianisty, kiedy miałem już Jarretta, Garnera, Tatuuma, Petersona i Możdżera? To tyle muzyki, tyle muzyki... Tak jak: po co nowy pisarz w starannie dobranym gronie twórców, których mogę na okrągło? Nie mam czasu na nowe. No, czasem wpadnie jakaś nowość, jak ostatnio Nirvana czy McCarthy. Ale zrobiła składankę, Lidka, więc słuchałem posłusznie. Połuchałem się i nie żałuję. Przy okazji: polecam Another Earth. Tak jak w tamtym roku Winter Bones. To takie filmy. Nowe! Jednak! Mam nowego Eco i McCarthy. Makakartiego. I jeszcze dwa z trzech tomów nowego Murakamiego. Czyli nowe starocie. Mam również grypę albo coś. I chandrę jak skurwysyn. Mam też parę pytań bez odpowiedzi. Nie dają mi spokoju. Szczególnie pod prysznicem, gdy człowiek nagi i bezbronny, w żaden sposób uwolnić się nie może. Pierwsze dotyczy muzyki. Która z dwóch najczęściej odtwarzanych w dwudziestym pierwszym wieku melodii zabrzmiała więcej razy: windows czy nokia tune? Drugie z zakresu demografii i kultury: czy ilość postaci stworzonych na niwie literatury przekroczyła już ilość rzeczywiście (?) istniejących w dziejach świata ludzi? A trzecie jest troche popierdolone: jak długi byłby wężyk wyciśnięty z całej wyprodukowanej dotychczas pasty do zębów? Murakami nie dowcipkuje. Niezwykle rzadko dzieje się coś zabawnego, również bohaterowie niezbyt czesto pozwalaja sobie na żarty czy jakieś tam przejawy poczucia humoru. A jeśli, to jest to subtelne. Ale przede wszystkim - rzadkie. Udaje mu się mnie czasem jednak, zapewne nieświadomie, całkiem nieźle rozbawić. Oto dwie próbki. Pierwsza. - Co pan robi - zapytała, ignorując jego pytanie. - Robię kolację. - co - Mieszkam sam, więc nie szykuję nic specjalnego. Usmażę suszoną barakudę, zetrę do tego rzodkiew. Zrobię zupę z z porami małżami, dodam tofu. Przyrządzę też ogórki i wodorosty wakame w zalewie octowej. Do tego ryż i kiszoną chińską kapustę. To wszystko. Druga. Wysiedli na dworcu Futamatao. Nigdy chyba o takim nie slyszał. Bardzo dziwna nazwa. Trzecie M, to Reszta Życia, która wpada z miasta w ten mój muzyczno-literacki poranek i ciągnie z kanapy na taras, gdzie coś co musisz to zobaczyć. Drogą pod oknami sznur świętych mikołajów różnego wieku i rozmiaru. Musi ciagnąć się kawał czasu i przestrzeni, bo Reszcie Życia trochę zajęło wjechanie do centrum osiedla, zaparkowanie, dotarcie do mieszkania i wyrwanie mnie z objęć tamtych M, a dostrzec ich mogła jedynie, gdy była jeszcze na ulicy. Acha - wszyscy Mikołaje są rowerzystami
wtorek, 15 listopada 2011
gdzie dom twój, czyli w trakcie przeprowadzki
Ktoś w pracy mnie pyta czy mieszkam już tam, czy jeszcze tu. Jeszcze nie tam i już nie tu, odpowiedam, po czym głęboko się zamyślam. Serio. Jeszcze teraz mnie łeb napierdala z tego wysiłku. W każdym razie, zastanawiam się: co wyznacza dom, miejsce, w którym mieszkam? Myślę i myślę... Boli i boli... A odpowiedź okazuje sie taka prosta... Taka oczywista. Mój dom jest tam, gdzie mój ekspres do kawy. Po powrocie do domu, czyli miejsca, gdzie stoi ekspres do kawy, czyli tutaj, do starego mieszkania okazuje się, że kawy zabrakło
sobota, 05 listopada 2011
w Polsce
były wybory ostatnio. Bardzo to ciekawe i zapewne ważne, ale jakoś mnie ominęło... I co, kto został prezydentem? on the move
Again. Czyli wygnani z raju po raz kolejny, szukamy nastepnego. Odium przedsięwzięcia spada na barki Reszty Życia, którą ta drogą serdecznie-cmok-cmok-pozdrawiam. Przepraszam! Mógłbym się wykręcić od odpowiedzialności faktem, że połowa doby upływa mi w pracy lub w drodze. Albo, że ona jest bardziej operatywna. Albo, że ma bardziej precyzyjną wizję tego, czego szukamy. Albo, że ma lepsze rozeznanie w rynku. Albo, że łatwiej jej oczarować agenta lub landlorda. Ale to wszystko, to tylko półprawdy* W rzeczywistości chodzi o moje braki językowe. (emotikon buraka na twarzy) Po czterech latach mieszkania Tu, jedyny zwrot dotyczący zakwaterowania, jaki opanowałem, to your place or mine? * pięć półprawd daje dwa koma pięć. To całkiem niezła prawda, co nie? mordercza Europa
W Unii nie potrafią nawet zrobić fajek, które by nie zabijały, czy powodowały różności. ![]() a w USA potrafią robić fajki
![]() zdrowe sztu(cz)ka z mopem
Nadgorliwa sprzątaczka Museum am Ostwall w Dortmundzie potraktowała najdroższe dzieło kolekcji miotłą i ścierką, bo "nie zdawała sobie sprawy z tego, że to sztuka". Dzieło rzeźbiarza Martina Kippenbergera, z którego na skutek "sprzątania" odpadła farba warte jest około 3,5 miliona złotych pisze Gazeta na swoim, moim, naszym portalu, a po przeczytaniu newsa zastanawiam się nad trafnością użycia cudzysłowów. Czy nie byłoby słuszniej napisać: "Dzieło" rzeźbiarza, z którego na skutek sprzątania odpadła farba? Przypomniało mi się, że parę miesięcy wybuchła mała wrzawa, bo koleś odmalował swój dom. Może był to jakiś inny rodzaj budynku, niemniej - pełnoprawny właściciel uznał, że wymaga odnowienia fasada, którą zdobiło, między innymi, graffiti jakiegoś guru od wrzutów. Banksy, czy jakoś tak, się zwie. Artysta się zwie, nie posiadacz ściany. No i szum. Bo dziedzictwo, spuścizna, wolność i sztuka. Sorki: Wolność i Sztuka. Że estetyczny faszysta i... wandal Nie artysta, ten właściciel. Czuję się nieco zagubiony
sobota, 29 października 2011
i znów nie mogę zasnąć, lusterko
Takie małe lusterko. Kieszonkowe. Dla chłopaków kieszonkowe, bo dla panien, to bardziej torebkowe chyba. Jakaś koszmarna moda, jakiś taki wiejski sznyt, kazał nosić takowe lusterka, gdy miałem dwanaście, trzynaście, a może i czternaście lat. I niekoniecznie, że aby się przeglądać, sprawdzać postępy w rozwoju pryszczy, czy, mniej lub bardziej domniemanego, zarostu. Na pewno nie tylko. Lusterka za pięc złotych, odrobina luksusu w życiu nastolatka. Te okrągłe były w plastikowej ramce, te prostokątne bez. Wygodniejsze więc i bardziej przyjazne z trudem zdobytym dżinsom były te pierwsze, bardziej mi się podobały te drugie. Do tego, nierzadko, z tej samej, tylnej kieszeni spodni, wystawały rękojeści, uchwyty, głownie grzebieni. I z mojej, i z mojej. Jakiś czas, kiedyś - również. Koszmar. Wspominając to, wyznając publicznie - wstydzę się bardziej niż pisząc o (UWAGA! indeksuj, guglu, indeksuj!) waleniu konia, nieważne, czy w młodości, czy dziś wieczorem. Ale tak było. Było lusterko i był grzebień. Właściwie, to raczej wstydziłbym się. Może: powinienem się poczuć zażenowany. Ale nie do końca tak jest. Nie do końca?Nawet nie od początku. Czuję coś, owszem, jakby sugestię potrzeby zawstydzenia. I tyle. To chyba jedna z zalet starzenia się - wstyd słabnie, blaknie, się rozmywa. Lusterko jako odrobina luksusu? To może się przedstawię, co? Nazywaja mnie Kruk Na Szczycie Wigwamu. Jestem indiańskim hrabią Saint Germain. Przeżyłem lusterka i paciorki, winchestera 74, zippo, oldsmobila i iphona. Żartuję. Serio, że żartuję. Nie jestm Indianem! Jestem kolegą_znajomego a w latach siedemdziesiątych, na rynku miasta K., w sklepiku Góranowskiej, można było kupić za pięć złotych lusterka, na odwrocie których były zdjęcia Marylin, Bardotki, Loren, Bay City Rollers, Smokie a nawet Lokomotiv GT.
I to był ten drobny luksus. Bo już nawet-nie-skóropodobne paski do spodni z klamrami zdobnymi tymi samymi gwiazdami były zbytkiem, na który nie zawsze można było sobie pozwolić. Zdjęcia gwiazd z szerokiego, niedostępnego świata. To był ten luksus. Przecież nie własne gęby, nie własne pryszcze, nie rachityczne kępki włosów na podbródkach! Gwiazdy! Wielki świat! Akurat pryszczyca jakoś mnie ominęła. Lusterka, czytaj: Gwiazdy! Wielki świat! - niestety - nie. To był sklepik wielki jak kiosk, i jak w kiosku kupowało się przez okienko. I jak kiosk miało szyby, za którymi te lusterka, te klamry i sprzączki, plastkiowe figurki zwierząt i kowbojów. Ten wielki świat jakby. Gdy pod koniec podstawówki dostaliśmy zadanie bojowe: przeprowadzić wywiad ze znaną osobistością miasta K - gdzie poszedłem? Do kogo? A do kogo miałem iść, jak nie do mocno postarzałej kobieciny, która całe moje dzieciństwo sprzedawała wielki świat w małych lustereczkach po pięć zeta pozostajać przy tym anonimową, siwą głową zza stosu wszelakich dóbr? I odczytałem ten wywiad bojowy, w gronie bardzo szerokim, między, zapewne niezwykle barwnymi, rozmowami z proboszczem, pierwszym sekretarzem i emerytowaną harcmistrz, wywołując szmerek i uśmieszki w gronie oraz poczucie zawstydzenia u siebie. Bo jeszce się zawstydzałem. Na Boga! Miałem czternaście lat! Gdyby jakaś koleżanka mnie zapytała, czy walę konia, pewnie bym padł trupem u jej stóp! Tuż obok Góranowskiej, gdyby nie przejście na podwórko, to ściana w ścianę, mieszkali wujostwo G. A może ciotkostwo? Nie, byli odmiennej płci, więc chyba jednak to pierwsze. No i bo wujek Józek bardziej mi zapadł w pamięć swoimi brakami: palca i wstydu. Był stolarzem, stąd brak palca. Tak pięknie, jak u niego w warsztacie, nie pachniało mi już nigdy w żadnym miejscu pracy. Ten gość świntuszył koncertowo i cudownie. Grubo, w uszach dziecka lat siedemdziesiątych, to nawet bardzo grubo, ale w zjawiskowy, ekwilibrystyczny sposób utrzymając równowagę w balansie między pornografią, a zasadami i rozmaitymi tabu tamtych czasów. Chciałbym tak umieć. Niestety, jedno co nas łączy, to to, że też nie mam już wstydu. Bo desek dwóch też nie zbiję, mogę co najwyżej, niezbyt zgrabnie, zerżnąć. Eee... miało być przerżnąć
czwartek, 27 października 2011
|